Aż dziesięć jednostek straży pożarnej z Jaworzna, Mysłowic i Katowic interweniowało na terenie bloku energetycznego jaworznickiej elektrowni. Wszystko z powodu olbrzymich kłębów dymu, które pojawiły się nad obiektem. Do zdarzenia doszło w piątek, 11 czerwca. Na szczęście skończyło się wyłącznie na strachu.

Mieliśmy do czynienia z rozszczelnieniem instalacji układu hydraulicznego. To spowodowało wyciek płynu hydraulicznego na rozgrzany rurociąg pary, toteż pojawiło się sporo dymu. Zadziałał automatyczny system powiadamiania straży pożarnej – opowiada Patrycja Hamera, rzeczniczka prasowa w TAURON Wytwarzanie.

W podobnych sytuacjach na miejsce zwykle kieruje się duże siły strażaków, bo nie wiadomo, jak rozwinie się sytuacja. Strażacy podkreślają, że w przypadku interwencji związanych z podobnymi obiektami jak właśnie elektrownia, warto być przygotowanym na wszystko.

To specyficzny obiekt, który wymaga odpowiedniego podejścia, przygotowania i pokory, stąd na miejsce pojechała tak duża liczba strażaków – potwierdza Marcin Ziemiański, rzecznik prasowy jaworznickiej Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej.

Kiedy strażacy przybyli na miejsce zdarzenia, to pracownicy już samodzielnie opuścili zadymiony rejon. Szybko okazało się, że sytuacja, choć poważna, to nie jest aż tak groźna, jak mogło się wydawać. – Olej hydrauliczny, który wyciekał z instalacji, wsączył się w izolację rurociągu, który osiąga bardzo wysoką temperaturę. Chodzi tu nawet o 500-600 stopni. Stąd tak dużo było dymu. Nie mogliśmy po prostu rozebrać tej izolacji, bo nie można było dopuścić do zbyt dużego ochłodzenia rurociągu. Nasze działania polegały głównie na zabezpieczeniu miejsca zdarzenia i oddymieniu pomieszczeń – wspomina Marcin Ziemiański.

Choć sytuacja wyglądała groźnie, to zdaniem przedstawicieli TAURON Wytwarzanie, nie niosła ze sobą zagrożenia dla ludzi czy środowiska. Nie było też przerw w dostawie energii elektrycznej dla odbiorców. Blok energetyczny został wprawdzie wyłączony, ale jego zadania przejęły inne bloki.

Grażyna Dębała

Awaria na szczęście nie okazała się poważna | fot. Grażyna Dębała