Jaworznianin Janusz Staszewski jest sakwiarzem. Przejechał samotnie na rowerze przez 9 (łącznie z Polską) europejskich krajów. Spał pod namiotem w lasach, na łąkach, przy rzekach. Pokonał w sumie 3100 kilometrów. Jadąc, reprezentował team Rowerowa Byczyna. Zawsze miał też przy sobie polską i jaworznicką flagę, które eksponował podczas jazdy. 26-dniowa wyprawa była eskapadą niskobudżetową. Prawie miesięczne wakacje na rowerze kosztowały pana Janusza jedynie 2300 złotych.

– Bycie sakwiarzem to wspaniała sprawa. Spokój, cisza, obcowanie z przyrodą. Uwielbiam zwłaszcza wypady w pojedynkę. Bo gdy jadę sam, to mogę robić, co chcę, i nie muszę na nikogo czekać – mówi Janusz Staszewski.

Sakwiarzami są cykliści, którzy wybierają się w podróże jednośladami, zaopatrzonymi w sakwy, czyli w specjalne torby na bagaż. To w nich miłośnicy jazdy na dwóch kółkach przewożą cały swój podróżny dobytek, ubrania, przybory toaletowe, żywność, leki, namiot, karimatę i śpiwór, a także akcesoria i narzędzia do naprawy roweru. – W podróży muszę polegać na sobie, samodzielnie zadbać o to, gdzie będą spał, co będę jadł, gdzie znajdę miejsce, by naładować baterie w telefonie – wylicza. – Choć taka wyprawa może wydawać się trudna, to dla mnie jest wspaniałą przygodą – zaznacza.

Pan Janusz zjeździł Polskę wzdłuż i wszerz. Wybrał się też z kolegami do Rumunii. Jak przyznaje, rowerowy wypad w tamte rejony odbył w towarzystwie, ponieważ samotna wyprawa byłaby zbyt niebezpieczna. W rumuńskich lasach jest bowiem sporo drapieżników, takich jak niedźwiedzie, wilki. – Dlatego lepiej nie ryzykować jazdy w pojedynkę – przyznaje cyklista. – Ale na tegoroczną eskapadę bez żadnego problemu mogłem wybrać się sam. Trasa, którą jechałem, jest bardzo popularna i spotyka się na niej wielu rowerzystów – wyjaśnia jaworznianin.

Podstawa to logistyka

Pan Janusz wybrał się w podróż popularnymi w Europie szlakami rowerowymi, w tym szlakiem Alpe Adria, który prowadzi m.in. wzdłuż rzeki Salsach, z austriackiego Salzburga do włoskiego Grado.

Jaworznianin wyruszył z byczyńskiego rynku 16 czerwca. Do Włoch jechał przez Czechy, Austrię i Niemcy. Ze słonecznej Italii skierował się do Chorwacji. „Kręcił” też przez Słowenię, Węgry i Słowację. – Przez wszystkie kraje jechało się z prawdziwą przyjemnością. Najtrudniej było jednak w Słowenii, gdzie trzeba pokonywać na zmianę góry i doliny. Taka jazda, raz pod górkę, raz z górki, jest o wiele bardziej uciążliwa, niż pokonywanie górzystych tras w Austrii. Tam przynajmniej teren stale się wznosi – podkreśla pan Janusz. – Ale muszę przyznać, że to właśnie na austriackim etapie wyprawy nie udało mi się zrealizować fragmentu zaplanowanej trasy. Z powodu fatalnych warunków pogodowych musiałem zrezygnować z pokonania przełęczy Hochtor. Do tej pory czuję z tego powodu ogromne rozgoryczenie, ale kiedyś nadrobię zaległości – zaznacza.

Jak przyznaje, taka samotna wyprawa to logistyczne wyzwanie. Przedsięwzięcie warto zacząć planować już kilka miesięcy wcześniej. – Do wyprawy trzeba dobrze się przygotować. Ja robię to zimą. Zasiadam przed komputerem i sprawdzam trasę na mapie. W dużej mierze korzystam też z aplikacji Google Street View, dzięki której mogę przyjrzeć się miejscom, które będę mijał. W ten sposób sprawdzam, czy po drodze są jakieś sklepy, w których pod koniec dnia będę mógł zrobić zakupy, gdzie jest najlepsze miejsce na nocleg, czy w pobliżu jest jakaś rzeka, w której będę mógł się umyć – wylicza sakwiarz. – Zwykle ta metoda sprawdza się doskonale. Tylko raz czy dwa okazało się, że internetowe mapy nie są zgodne ze stanem faktycznym. We Włoszech wyschła np. rzeka, przy której miałem rozbić namiot. Na zdjęciach miała 5 m szerokości. Tymczasem zastałem puste koryto. Miejscowi wyjaśnili mi, że zanim nurt powróci, minie przynajmniej kilkanaście lat – wspomina rowerzysta.

Jak dodaje, nie zawsze jest też tak, że ma się gdzie umyć po całym dniu „kręcenia”. Wtedy robi sobie „prysznic”, używając do tego półtoralitrowej butelki wody. – Na trasie trzeba sobie radzić na różne sposoby – uśmiecha się sakwiarz.

W pojedynkę i w towarzystwie

By dobrze zacząć dzień i pokonać zaplanowany dystans, jaworznianin wstawał codziennie o świcie, aby na spokojnie przygotować się do jazdy. Często budził się niewyspany, ponieważ sen sakwiarzy z reguły jest krótki. Nocując samotnie w lasach czy na łąkach, podróżnicy muszą mieć też na oku swój rowerowy dobytek. By choć na chwilę spać spokojnie, stosują różne zabezpieczenia. Niektórzy przywiązują rowery do drzew. Inni do własnych nóg. Pan Janusz natomiast przyczepia rower linką do namiotu.

Na skromny sen sakwiarzy wpływa też często niekorzystna pogoda. Nierzadko zdarzają się wietrzne, burzliwe noce, które kończą się zwykle wielką ulewą. Natomiast rano wychodzi słońce. – Aby jak najszybciej wrócić na trasę, budziłem się już około 5. Robiłem poranną toaletę, jadłem śniadanie, sprzątałem miejsce noclegu i pakowałem swoje rzeczy. Starałem się nie jadać w restauracjach czy barach szybkiej obsługi. Nie chciałem bowiem zjeść czegoś, czego nie znam, a po czym mógłbym mieć podczas jazdy problemy. W podróży nie można sobie na takie coś pozwolić. Sam więc przygotowywałem posiłki – podkreśla.

W czasie dnia jadał jeszcze, w przerwie, drugie śniadanie, a gdy zatrzymywał się na nocleg, gotował sobie obiadokolację. Następnie przeprowadzał przegląd techniczny roweru. Kilka razy nocował na polach namiotowych, gdzie ładował telefony. Z takiego noclegu korzystał co kilka dni. Wieczorami wgrywał też do internetu tzw. ślad GPS, czyli przebytą danego dnia trasę.
– Dzięki temu z mojej podróży będą mogli skorzystać też inni rowerzyści, którzy nie będą już musieli planować wyprawy tak dokładnie, jak ja to robiłem zimą. Pojadą, jak to się mówi, na gotowe – wyjaśnia jaworznianin.

Za pomocą GPS-a udokumentował 2830 z 3100 przebytych kilometrów.

Zdarzały mu się też wypadki i awarie. Pewnego razu drogę przecięło mu stado saren. Nie obyło się bez upadku. Innym razem kilkakrotnie wymieniał pęknięte dętki. – Gdy zmieniałem je po raz któryś, byłem tak zdenerwowany, że chyba mój krzyk słyszano nawet w Jaworznie – przyznaje ze śmiechem. – A kupienie nowej dętki tanie nie było. W jednym ze sklepów cena za sztukę wynosiła aż 12 euro – stwierdza.

Choć pan Janusz podróżował samotnie, to po drodze spotkał wielu wspaniałych ludzi. Tą samą trasą jechało wielu Polaków, którzy towarzyszyli mu na niektórych odcinkach. Życzliwi rowerzyście z Jaworzna byli też tamtejsi mieszkańcy, którzy pozdrawiali podróżnika, pozowali do zdjęć z jaworznicką flagą, wypytywali o to, gdzie leży Jaworzno. – Jeden Węgier zaprosił mnie nawet na obiad w restauracji. Przez 15 lat pracował w Szkocji z pewnym Polakiem i bardzo dużo mu zawdzięczał. Zaczepił mnie, bo zobaczył, że mam polską flagę i chciał znów pogadać z kimś z Polski – wspomina pan Janusz. – Podobną sytuację miałem w Słowenii, gdzie zostałem zaproszony przez zawodowego kierowcę, który jeździł do Krakowa – opowiada.
Po 26 dniach jaworznianin zakończył wyprawę w miejscu, w którym ją rozpoczął, czyli przy byczyńskim posągu byka.

Już planuje kolejne eskapady. Marzy mu się podróż po Holandii, Belgii i Szwajcarii, a także wyprawa na Gibraltar przez Francję, Hiszpanię i Portugalię. – Myślę, że to wszystko przede mną. Tymczasem wybieram się z kolegami z naszego teamu na kolejne wyprawy „wkoło komina”, czyli po naszym regionie i dalszych zakątkach Polski – stwierdza rowerzysta.

Anna Zielonka-Hałczyńska

Janusz Staszewski na trasie swojej samotnej wyprawy rowerowej | fot. Archiwum prywatne