Co jakiś czas na rynku pojawiają się kolejne gry planszowe z kategorii imprezowych, które mają w nowy, nieraz dość zabawny, a innym czasem trochę żenujący sposób zintegrować większą grupę osób. Tym razem gdańskie wydawnictwo Rebel przygotowało coś dla fanów uniwersum Harry’ego Pottera, a także kooperacyjną grę imprezową dla grupy dobrych znajomych – w obu przypadkach do gry zapraszanych jest od czterech do ośmiu graczy, chociaż nie zawsze się to sprawdzało.

Po wcześniejszym Roku w Hogwarcie, gdzie, pomimo świetnego wyglądu i pomysłu, głównym minusem dla mnie był brak doprecyzowanych zasad, po Mistrza Pojedynków sięgałem z lekkim niepokojem. Ponownie na okładce i kartach spotykamy filmowe postacie i… to tyle minusów jak dla mnie – reszta gry cieszy zarówno wyglądem, jak i mechaniką. Najbardziej zachwyca w tym wydaniu wygląd kart – złocenia pięknie się mienią pod światło, a i fani gadżetów docenią również, że po otwarciu pudełka dostaną osiem plastikowych różdżek – każda inna! Ponadto otrzymujemy m.in. kilka tekturowych standów ze sztandarami Domów oraz specjalną tekturową planszę nakładaną na pudełko, która w ciekawszy sposób pozwala przechować zdobyte przez graczy punkty dla swoich Domów.

Pod względem rozgrywki Mistrz Pojedynków jest dość dynamiczny. Każdy gracz rozpoczyna grę z różdżką, kartami zaklęć i sztandarem Domu – ten ostatni jest przydzielany według specjalnych kart dostosowanych do liczby graczy. Najpierw wybieramy jedną kartę zaklęcia – drętwota lub przejęzyczenie, i czekamy na znak od Prefekta, aby wycelować różdżkę w jednego z graczy. Zanim odsłonimy karty zaklęć, każdy z graczy może krzyknąć „protego” i poddać partię bez ujawniania swojego zaklęcia. Jeżeli, któryś z graczy będzie celem „drętwoty” – otrzymuje żeton spóźnienia i kładzie sztandar. Gracze, którzy nie byli celami „drętwoty”, będą mogli podzielić się łupem – kartami z punktami Domów, eliksirami, dodatkowymi lekcjami czy przychylnościami nauczycieli. Każda z kart ma znaczenie przy ostatecznej punktacji – nawet żetony spóźnienia mogą sprawić, że dany Dom utraci część punktów. Gra dobiega końca po ośmiu rundach, czyli utracie wszystkich kart zaklęć. Pozostaje już tylko podliczyć punkty i cieszyć się Pucharem Domów.

Na początku pisałem, że gra nie zawsze dobrze się sprawdza przy konkretnej liczbie graczy. W tym przypadku idealnie jest, gdy do rozgrywki siada parzysta liczba graczy. W przypadku nieparzystej liczby mamy do czynienia z tzw. bliźniakami, którzy siedzą obok siebie i należą do tego samego domu. Przy sześciu osobach do walki stają trzy Domy po dwóch uczniów każdy, w pozostałych przypadkach w grze biorą udział wszystkie Domy, co najbardziej cieszy wszystkich fanów uniwersum.

W drugiej zaproponowanej grze Fan Facts gracze wspólnie starają się uzyskać jak najwyższy wynik, przyporządkowując swoje odpowiedzi w dobrej kolejności bez konsultowania się z innymi.

Podczas przygotowania do gry, każdy z graczy otrzymuje pisak i strzałkę w innym kolorze. Na jednej stronie gracze zapisują swoje imiona, na drugiej natomiast będą zapisywać odpowiedzi – zawsze w formie liczb. Wykładanie strzałek imieniem do góry rozpoczyna osoba z żetonem gwiazdki pierwszego gracza. Do jej strzałki dokładane są kolejne, tak, aby po odkryciu utworzyły rosnący ciąg liczb. Za każdą prawidłowo dołożoną strzałkę grupa otrzymuje punkt. Całość rozgrywki trwa osiem rund, czyli osiem zadanych pytań.

W Fan Facts gracze mogą natknąć się na pytania wymagające podania konkretnej liczby, jak np. „Ile masz gier planszowych?”, a także oszacowania procentowo wyniku, np. „Jak bardzo na Twój nastrój wpływa pogoda?”. Kart z pytaniami jest 195, więc trudno, aby się szybko powtórzyły. Może się zdarzyć, że grupa nie będzie chciała udzielić odpowiedzi – wtedy należy wylosować nową kartę z pudełka.

Jak sugeruje autor, gra najlepiej sprawdza się w gronie dobrych znajomych. Można oczywiście zagrać w przypadkowej grupie, ale rozgrywka będzie polegała bardziej na przypadkowym układaniu strzałek, chociaż może to również doprowadzić do lepszego zawiązania znajomości, zwłaszcza w przypadku, kiedy planujemy zintegrować zespół.

Artykuł powstał we współpracy z wydawnictwem Rebel.

Radosław Kałuża | @harcmepel