GrubSon – producent, raper, wokalista, który wystąpił podczas Dni Jaworzna, dając energetyczny koncert. Muzyką hip-hop zainteresował się już jako kilkulatek. Współpracował z wieloma gwiazdami i grupami rapowymi. Tworzy muzykę, pisze teksty, ale przede wszystkim spełnia swoje marzenia.

Na koncertach jesteś przedstawiany jako GrubSon. Tak naprawdę nazywasz się Tomasz Iwanca. Ale pojawiają się też pseudonimy: Gruby, Twardykark. Co znaczy GrubSon?

Z tym pseudonimem „Twardykark” to też jest ciekawa historia. Zanim Tomasz Iwanca został GrubSonem, to był DJ-em Twardykark. Tworzyłem wtedy muzykę ruffneck – połączenie reaggae i rapu. Grałem imprezy didżejskie i bardzo się wczuwałem w to, co robiłem, ruszając głową. A czemu GrubSon? Wyszło to od mojego brata. Chłopaki z osiedla nazywali mnie „Gruby”, wielu z nas miało wtedy taką ksywę i, żeby się nie myliło, mój brat, który wtedy wrócił z Anglii, wymyślił GrubSon, abym się odróżniał. I tak już zostało.

Zainteresowałeś się muzyką za sprawą brata. Rozwiń ten wątek. Jak to było? Nagle poczułeś, że musisz tworzyć muzykę, czy brat cię powoli wdrażał? Pytam, bo miałeś wtedy 10 lat.

Od samego początku, odkąd pamiętam, interesowałem się muzyką. Pierwszy teledysk, czarno-biały klip, jaki widziałem, brat nagrał na kasetę VHS. Korzystał wtedy z pierwszych programów telewizji kablowej sąsiadów czy rodziny. Był to program „Yo! MTV Raps”. Miałem wtedy 5 czy 6 lat, więc tak naprawdę, już wtedy muzyka pojawiła się w moim życiu. Brat był didżejem, moi rodzice też słuchali muzyki, tata grał na akordeonie, harmonijce. Gdzieś się ciągle ta muzyka pojawiała. Mam trzech starszych braci, każdy z nich słuchał innej muzyki. Od samego początku nie zamykałem się na żadne gatunki. Zainteresowałem się hip-hopem, bo był mi bliższy, wyrażał bunt. Wychowywałem się w dzielnicy, gdzie nie było ciekawie. Mieliśmy swoją piwnicę, miejsce kreatywnych spotkań, do wymyślania tekstów.

Pokahontaz, EastWest Rockers, Jamal, Rahim…Współpracowałeś z wieloma grupami rapowymi czy solistami. Czy któryś z nich wpłynął na twoją karierę w jakiś szczególny sposób?

Każdy miał jakiś wpływ, wychowywałem się na ich muzyce. Później, miałem okazję pracować z nimi. Gdzieś spotykaliśmy się na różnych imprezach, więc cały czas mieliśmy ze sobą kontakt. Potrafiłem ich przekonać, abyśmy ze sobą coś nagrali. Tak naprawdę spełniałem wtedy swoje marzenia, zresztą do tej pory to czynię.

No to porozmawiajmy o tych marzeniach. Pierwszy album, nielegalny, „N.O.C.” wyprodukowany w 2003 roku był przełomem w twojej karierze muzycznej. Czy to było tylko takie młodzieńcze marzenie?

Tak, ten album w całości powstał dzięki naszej pracy. Cały nagrałem w warunkach domowych, pokój przekształcony na studio, drukowany po znajomości, wszystko sam robiłem, nie miałem wtedy dostępu do sprzętu, do wytwórni. Wysyłałem swoje demo do różnych wytwórni, rozdawałem ludziom. Dzięki poczcie pantoflowej dużo ludzi poznawało moją muzykę. Jeździłem też po całej Polsce i grałem imprezy didżejskie, więc automatycznie puszczałem swoje pierwsze kawałki. Bardzo dużo jeździłem od miasta do miasta i w ten sposób się reklamowałem, więc kiedy po 6 latach wydałem album poprzez wytwórnię, tak naprawdę niektórzy znali już moje kawałki.

Wtedy na świecie królowała muzyka hiphopowa, która przeżywała „złoty wiek”. Czy któryś z ówczesnych muzyków cię inspirował?

Mnóstwo. Tak naprawdę słuchałem wtedy tylko zagranicznego hip-hopu. Jak się przekonałem, że można to robić po polsku, zacząłem sam się w to bawić. Słuchałem mnóstwo muzyki, przeglądałem zagraniczne magazyny hiphopowe – pierwszy to był „Klan”, śledziłem na bieżąco nowości z rynku muzycznego, próbowałem w domu coś sobie tworzyć.

Hip-hop to przede wszystkim flow, który definiuje się jako „rytmy i rymy” i to, jak wpływają one na siebie nawzajem w obrębie utworu. Co cię takiego fascynuje w tym stylu muzycznym – ta sfera tekstowa czy muzyka?

I to, i to. Bardzo ważne są liryka i muzyka. Tak naprawdę rap powstał, zapoczątkowany przez kulturę afroamerykańskiej młodzieży, gdy śpiewano do zapętlonych tekstów. Byłem w USA i udało mi się spotkać z kilkoma legendarnymi hip-hopowcami, poznać korzenie tego gatunku. Poznałem np. DJ-a Kul Hercka – człowieka, który wypromował hip-hop w Stanach, a przywiózł go z Jamajki, był na naszym koncercie. Na takim hip-hopie zostałem wychowany, gdzie teksty są bardzo ważne, są szczere, prawdziwe, ludzie od razu by dostrzegli, że nieszczerze mówię. U mnie zawsze jest pierwsza melodia i temat muzyczny, a potem słowa.

Teksty hip-hopowe nacechowane są emocjami, ekspresją, czy ty chcesz coś przekazać za pomocą tej swoistej poezji?

Od zawsze czułem się połączony z ludźmi. Mam świadomość, że mam wpływ i mam szansę coś przekazać, więc chcę, żeby to było jak najlepsze słowo. Można bawić się słowem, ale są ważne tematy, które my, jako artyści, powinniśmy podejmować i mówić ludziom, co się dzieje, dlatego muszę być w tym szczery. Piszę je pod wpływem emocji, doświadczenia, często je poprawiam, zmieniam, ale sens pozostaje taki sam. Zawsze lubiłem pisać, w szkole język polski nie sprawiał mi problemów.

Utwór „Na szczycie” dwa lata temu osiągnął imponujący wynik – 100 mln wyświetleń w serwisie YouTube. Ta piosenka to przede wszystkim mocne, poruszające i uniwersalne słowa. “Jestem tego pewny, w głębi duszy o tym wiem/ Że gdzieś na szczycie góry, wszyscy razem spotkamy się / Mimo świata który, kocha i rani nas dzień w dzień / Gdzieś na szczycie góry, wszyscy razem spotkamy się”. Miałeś 23 lata, gdy pisałeś te słowa…naprawdę myślałeś wtedy o przemijaniu, kruchości życia…

To wszystko było spowodowane wypadkiem moich przyjaciół. Jeden miał wypadek motocyklowy – nie z jego winy, zderzenie z samochodem. Drugi przyjaciel dostał ataku padaczki podczas snu i udusił się poduszką. To było w przeciągu kilku miesięcy. Straciłem kolegę, z którym bardzo dobrze się znałem, współpracowaliśmy ze sobą. Jeszcze przed wypadkiem robiłem mu bramę, gdy się żenił. Zostawił żonę w ciąży. Nie mogłem sobie wyobrazić, jak ona to przeżywa. To było dla mnie tak głębokie i trudne. Dotarło do mnie, jak kruche jest nasze życie, ilu takich ludzi cierpi na świecie, gdy tracą kogoś bliskiego. Poradziłem sobie z tym bólem, traumą, pisząc te właśnie słowa.

To już rozumiem, skąd u ciebie taki bunt, niepogodzenie się z tą śmiercią “Aniele śmierci proszę powiedz mi / Czemu w stosunku do nas jesteś obojętny Najlepsze są dla ciebie młode ofiary”. Ale są i budujące treści “Ramię w ramię nawzajem siebie wspierać / Rodzimy się by żyć, żyjemy by umierać”.

Tak to wtedy widziałem, to był sposób, aby poradzić sobie z emocjami. Zresztą są to bardzo uniwersalne słowa i szczere.

Czego prywatnie słucha GrubSon?

Wszystkiego, od folku afrykańskiego po jazz. Od dziecka ciągnęło mnie do tego typu muzyki. Miałem okazję wystąpić z ukraińskim zespołem DakhaBrakha i to było niesamowite, gdy śpiewaliśmy na głosy piosenkę „Na szczycie”. Łączenie gatunków, to jest najpiękniejsze, co może być. Wyobraźmy sobie, że mamy do dyspozycji kuchnie całego świata, a gotujemy cały czas rosół. Lepiej smakować inne potrawy i łączyć je. Nie jest sztuką wrzucić wszystko do jednego gara, ale łączyć je tak, aby smakowały, były wykwintne.

No właśnie, dowodem tej mieszanki stylów jest ostatnia płyta „AKUSTYCZ(NIE)ZUPEŁNIE”. W jakim kierunku pójdzie GrubSon? Będziesz odchodzić od czystego hip-hopu?

Tego sam GrubSon nie wie, to zawsze przychodzi z czasem. Pracując nad ostatnią płytą z Kubą Mitorajem, planowaliśmy zrobić akustyczny album, jednak okazało się, że niezupełnie tak wyszło, stąd też przewrotny tytuł AKUSTYCZ(NIE)ZUPEŁNIE. Bardzo brakowało nam grania akustycznego, a jednocześnie ciągnęło nas do elektroniki i innych zakątków świata muzycznego. Tak, jak wcześniej wspomniałem, to jest piękne łączyć gatunki.

Dziękuję za rozmowę.

Ewa Szpak