27 kwietnia podczas V edycji ProRock Festiwalu gwiazdą wieczoru był legendarny zespół Proletaryat. Chłopaki z Pabianic: Tomasz Olejnik (śpiew), Dariusz Kacprzak (gitara basowa), Wiktor Daraszkiewicz (gitara), Robert Hajduk (perkusja) zadebiutowali w 1988 roku i od razu podbili serca publiczności. Grają już 32 lata, zdobywając kolejnych fanów. O tym, jak się układała historia zespołu w czasach PRL-u, o wierności muzyce, stylowi rozmawialiśmy z wokalistą zespołu Tomaszem Olejnikiem.

Spełniliście życzenie jaworznian i w końcu zagraliście w naszym mieście. Istniejecie na rynku 32 lata, nadal w świetnej kondycji. Jaka jest recepta na sukces?

Receptą, aby czuć się młodym i mieć energię na koncertach, jest otwarty umysł. Mimo naszego wieku, bo niektórzy z nas są już dziadkami, czujemy się młodo. Młodość to stan umysłu. Dzięki temu, czym się zajmujemy, że uprawiamy ten rodzaj zawodu, dużo koncertujemy, mamy kontakt z publicznością, możemy być takimi, jakimi chcemy być.

Rok 1987 to data powstania zespołu. Proletariat w krótkim czasie zdobył uznanie publiczności, kilka kawałków stało się hitami, a później osiągnęło status kultowych. Jak wspominasz ten okres?

Bardzo przyjemnie i z sentymentem. To był początek mojej przygody z muzyką. Muzyka w ten sposób działa fajnie, że człowiek przenosi te emocjonalne oceny, mimo upływu czasu. Gramy, spotykamy się z młodymi ludźmi, fanami, to się powtarza – rok po roku.

Po 5 latach od powstania wydaliście płytę “Czarne szeregi”. Publika była w szoku, bo brzmieliście bardziej w stylu metalowym. Co was skłoniło, aby z punkowej muzyki przejść w metalową?

To był naturalny proces ewolucyjny. Nigdy nie trwaliśmy w blokach startowych. Każda płyta zespołu Proletaryat jest inna, bardziej dojrzała, naznaczona nowymi doświadczeniami, jest uaktualniona o pewne procesy polityczno-społeczne, które w między czasie mają miejsce. Zawsze opisujemy jakąś rzeczywistość, nie śpiewamy o kwiatkach, podartych sensach, ale o konkretnych sprawach. Artystów przez małe “a” i duże “A” można podzielić na tych, którzy tkwią uparcie przy jakiejś skonstruowanej przez siebie sytuacji i na tych, którzy cały czas poszukują. Należymy do poszukujących, dlatego też nasza kolejna płyta będzie inna. Bogatsza o pewne walory. Myślę, że to jest właściwa droga.

Rozumiem, że dzielą nas już tylko miesiące do kolejnego, czternastego krążka?

Mam taką nadzieję, chociaż nie będę ukrywał, że w tej chwili rynek w Polsce funkcjonuje wokół innego stylu muzycznego, np. wokół disco polo, nad czym ubolewam. Ale myślę, że to jest tylko fanaberia czasów, w których żyjemy, że rock, który zawsze był muzyką kontestacyjną, wróci do łask. Kontestować trzeba, bo takie jest życie, o które trzeba walczyć.

Trzy lata po założeniu kariera zespołu nabrała rozpędu, czego dowodem są trzy ważne festiwalowe nagrody zdobyte w Jarocinie. Marzyła wam się kariera międzynarodowa?

Aż tak wysoko nie mierzyliśmy. Owszem nagraliśmy wtedy sześć utworów w języku angielskim, ale to był tylko epizod. Reszta to piosenki w języku polskim, co wskazywało, że byliśmy zorientowani i niejako skazani na rodzimą publiczność. Ale, jeśli się prześledzi karierę, np. Rammstein, który śpiewa po niemiecku, a jest znany na całym świecie, można wierzyć, że ten trend się zmieni. Podkreślę jednak, że tematy, które poruszamy są identyfikowane przez ludzi, którzy mieszkają tutaj, dotyczą specyficznych, lokalnych problemów. Każdy marzy o wielkiej karierze, ale nasz rynek szybko weryfikuje takie marzenia. Jesteśmy kapelą niewpisującą się w główny nurt kulturowy naszego kraju. Zawsze uważaliśmy, że nie chcemy mieć nic do czynienia z komercją. I tego się trzymamy.

Kiedyś pan powiedział: “Reprezentujemy pokolenie, które dostało w dupę podczas przemian”. Czy bardzo odczuwaliście kontrolę, cenzurę?

Pamiętam, że przed każdym koncertem musiałem się pojawiać w urzędzie cenzury państwowej (GUKPPiW). Pani kreśliła czerwonym mazakiem po tekstach piosenek treści nieprzystające według niej do aktualnych procesów polityczno-społecznych. Nie zgadzaliśmy się niejednokrotnie, graliśmy swoje na koncertach. Ale i tak smutnie wyglądający panowie potrafili wyłączać nam prąd w trakcie koncertów. Ciekawe, że nieco podobną sytuację przeżyliśmy dwa lata temu w Lutomiersku, gdy odmówiono nam występu podczas dni miasta.

Wasze koncerty to wulkan energii. Czy zauważasz różnice w podejściu fanów teraz a 20-30 lat temu?

Spotykamy się na koncertach z fanami w różnym wieku i to nas bardzo cieszy i buduje, zwłaszcza, że na naszej muzyce wychowuje się kolejne pokolenie. Gramy stare utwory, które zostały napisane nawet 20 lat temu, a są ciągle aktualne. Odbiorcy reagują równie żywo i jest świetna interakcja. To było też widać podczas koncertu w Jaworznie.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Ewa Szpak